Duża część ustawień hellingerowskich nawiązuje do historii- ofiary i sprawcy.
Ważne, żeby pamiętać, że ustawienia, w swojej najgłębszej wersji, są metodą pojednania i miłości. To tu otwieramy serce i patrzymy na wszystkich w ten sam, nieosądzający, sposób. Znamy tylko wycinek historii. Jednocześnie nie chodzi o blokowanie emocji. Bo właśnie to powoduje, że traumy trwają i są przekazywane dalej.
A zatem, mamy do czynienia z dwoma poziomami- na jednym wybrzmiewają emocje, na drugim- pojawia się ruch ku pojednaniu (tylko wtedy, kiedy emocje naprawdę będą miały szansę zostać „odczute”, a ten sposób-uwolnione).
Jak to wygląda? Sprawca często jest „odcięty” lub zachowuje się agresywnie. Okrąża ofiarę, wykonuje gwałtowne ruchy. Z czasem widać, że trudno mu ją zobaczyć, tak naprawdę. Popatrzeć i skonfrontować się ze swoją winą, odpowiedzialnością. Bywa też, że ofiara rozgląda się za nim. W pewien sposób są ze sobą powiązani.
Kiedy nawiążą kontakt wzrokowy, zaczyna się przeplatanie obu poziomów. Emocje zaczynają się wydobywać, a jednocześnie pojawia się ruch, który ich do siebie przyciąga.
Często trudno to przyjąć na gruncie emocjonalnym, racjonalnym. „Na głowę”. Dopiero kiedy zrezygnujemy z oskarżania i osądzania, otaczając całą przestrzeń miłością (jakby kibicując, żeby ta historia mogła się domknąć), możemy zagłębić się w ten ruch.
W nim, powoli, może dojść do dopuszczenia i rozpuszczenia emocji. Do pogodzenia z historią. Do spokoju, w którym ofiara i sprawca, odnajdują się. Jeśli jest dane- jednają. Wtedy historia może już odejść
Ci, którzy rezonowali z nią, nieświadomie utożsamiali się z którąś z postaci- widzą, że to nie ich. Że nie muszą się już wikłać w relacje i sytuacje, które ją odzwierciedlały. Przypominały.
Na innym poziomie, odnajdujemy siebie- zarówno w ofierze, jak i w sprawcy. Kiedy obie te części mogą się pogodzić, scalają się w jedno. Jakiś rozłam w nas, który powodował wewnętrzną walkę, ustępuje. Na jego miejsce pojawia się więcej spokoju.